BOŻENA KEFF
Miejsce publiczne
Magazyn SZUM, 30 pażdziernika 2020 r.
Dość długo kontemplowałam pracę Adama Rzepeckiego, czyli neon z nazwiskiem Chominowej „napisanym” jakby odręcznym charakterem pisma, który zawisł w przejściu między kamienicami w Lublinie, na Starówce. Kontemplowałam długo, bo nie było tak, że odruchowo chwyciłam intencję autora. Sztuka wymaga namysłu – robię odkrycie, wiem, ale takie odkrycia robi się od czasu do czasu, i to dobrze – zwłaszcza taka, która nie idzie oczywistą dla mnie drogą. Więc po namyśle i po kontemplacji uznałam, że ta praca mówi o tym, o czym ja sama opowiadam w Strażnikach Fatum.
Chominowa należała do tych ludzi, do najliczniejszego może stowarzyszenia zawiązanego w ramach polskiej większościowej kultury i religii w czasie Zagłady, którzy dobrowolnie, spontanicznie, w zgodzie z własnymi sumieniami pilnowali, żeby żaden z Żydów, których los już przeszedł w ręce Fatum (włożony w nie przez Niemców) nie wymknął mu się, nie wyślizgnął. Tym samym sami stawali się Fatum dla ludzi, którzy przez nich zginęli, których zamordowali, bezpośrednio czy cudzymi rękami. W ich pojęciu odpowiedzialność i tak leżała po stronie Fatum, czyli niemieckiej, o ile, w wypadku Żydów czy jakichkolwiek Innych, potrafili w ogóle rozważać swoją odpowiedzialność. Ich sumienie, odwiecznie zdeponowane w kościele, było i jest jednym z najpoważniejszych polskich problemów kulturowych. To jednak osobny temat – w tej samej sprawie.
Oczywiście, pełnienie strażniczej służby przynosiło korzyści materialne i psychiczne – pozbawionych praw można było obedrzeć ze wszystkiego, zgwałcić, obrabować, donieść na nich lub zabić samemu.
Czy Chominowa miała do Ginczanki jakikolwiek osobisty stosunek? Myślę, że nie. Po prostu widziała, że w pokoju na piętrze ukrywa się Żydówka, że Żydówka na piętrze ukrywa swoje życie, które jednak na mocy Fatum, już do niej nie należy. Trzeba więc przypomnieć o tym niemieckim bezpośrednim nadzorcom. „Przypomnieli o mnie” – mówi Ginczanka.
*
Nie chciałabym, żeby Chominowa stała się pars pro toto, wolę, żeby była tą Chominową od Ginczanki, tą która patrzy, kiedy idziesz zaułkami, której podpis cię oświetla, której nazwisko cię wydobywa z mroku. Ale i samo jest wydobyte, nie ukryje się. I choć zapis historii to jedno, a kultura i jej symbole to co innego – Chominowa już jest symbolem.
Z drugiej strony Ginczanka pisze o Chominowej tak, jakby jednak łączyło ją z „żoną szpicla” coś osobistego – tyle określeń: „lwowianko, donosicielko chyża, matko folksdojczera, niech moje rzeczy tobie i twoim służą, bo po cóż by mnie, obcej?”. Chominowa jest dobrze osadzona w glebie społecznej, jej sposób myślenia jest jasny. Ginczanka tymczasem jest puchem marnym, niesionym ludobójczym wiatrem. Z tej pozycji dobrze widzi, jak przyjaciele, którzy ją zabili, siadają przy pucharze i zapijają jej śmierć (pogrzebu nie ma) i własne bogactwo. Ich metafizyczna przemiana z kanalii w anioły dokonuje się trochę mocą tych materii i materiałów, z którymi mają do czynienia szukając skarbów na żydowskim ciele i wokół niego. Krew Zuzanny Ginczanki krzepnie, oblepia pakułami i pierzem z poduszek i pierzyny ich ręce. Ile tu osobistego stosunku – do Chominowej, do polskiej kultury i jej sadyzmu, jej braku serca, jej krokodylich kłów, do tradycji romantycznej i jej narcystycznego bredzenia, na temat tego, jaki to naród mnie zrodził, i w kogo ja go przemienię mocą mojego geniuszu… Na Słowackiego Ginczanka może patrzeć ironicznie, kolega poeta, wieczny młodzieniec, który nic nie wie na temat ludzi, których chciałby poddać przemianie swej poezji, choć z poetów romantyzmu polskiego to i tak on wie najwięcej. Ginczanka widzi tę tradycję i jej destrukcyjny wpływ na mentalność; staje się, w chwili, gdy zapisuje słowa swojego Testamentu, radykalnie obca poezji romantycznej, jej spadkobiercom i czytelnikom, ich ziemi, i może nawet językowi. Agata Araszkiewicz nazwała to słowami „wypowiadam wam moje życie” – i ta formuła wydaje mi się najbardziej adekwatnym ujęciem stanu psychicznego, jaki tworzy ten wiersz, ten etap życia Ginczanki, po którym nie ma już więcej życia.
*
„You fucking death lovers” – tak pewien czarny policjant krzyczał w pewnym filmie do amerykańskiego neonazisty. „Fucking death lovers” to raczej „popieprzeńcy nienawidzący życia” niż po prostu „death lovers”. Polacy w swojej kulturze mają dużo elementów „death lovers”, mają muzea wzniesione dla „death loving mentality”. Z jednej strony to, a z drugiej jednak wygodnictwo, pewien hedonizm, i cnoty społeczne, które spleśniały w słoiku pięknie oklejonego na czerwono i biało Narodu.
Tak to ujął Jerzy Skarżyński – Śmierć i szlachcic, genialna moim zdaniem grafika, która ujmuje narodową/męską arogancję wobec rzeczywistości; ta szabla, ale i kufel piwa, no i głowa tęga i krok w przepaść, pod okiem kochanki. Tak, to ten sam problem, ale inny temat.
Pewien rolnik, więc zapewne chłopski polski „świadek” Zagłady z filmu Lanzmanna Shoah, komentuje w filmie to, co widział. Dostał się do kategorii „świadek”, ponieważ jako kilkunastoletni chłopiec, mieszkający opodal Treblinki, widział pociągi wiozące Żydów z krajów Zachodu do obozu. Pokazywał wtedy owym Żydom co ich czeka, przeciągając palcem po gardle – zarżną was. Ostrzegałem ich, opowiadał. „A nie współczuł im pan ?” – pyta głupi Lanzmann, Francuz w końcu. „Jak pan się skaleczy w palec, to mnie nie boli” – odparł mu świadek. Ciekawe po co takie ostrzeżenie o jakieś kilka kilometrów od stacji? I co by mieli z tym zrobić, wyskakiwać oknem i biec do jego rodziny po pomoc?
Podobno – podobno! – za empatię odpowiadają neurony lustrzane, i podobno empatia jest odruchowa. Niemniej ludzka cywilizacja pracuje nad tym problemem od zawsze, usiłując dostosować naturę do wymogów ludzkiej cywilizacji. I są wyniki. Gigantycznie wspaniałe.
Nie było tu oświecenia, nie przerobiono nigdy pojęcia równości ludzi, nigdy, bo jest to kraj niewolników i ich właścicieli. Dziś byli niewolnicy mają mentalność właścicieli, wszyscy są głusi, nie słyszą innych, słyszą tylko siebie, mówią tylko monologami, zwierzęta są im podległe i mogą je obdzierać żywcem ze skóry, osoby LBGTQ+ mogą być wyrzucane z przestrzeni publicznej, kobiety stają się nikim, jak za dawnych dobrych czasów, zaś kościoły rosną jak potworne pałace.
*
Chominowa została wyniesiona na ów neon w dwóch porządkach, jak sądzę. Ofiara zapisała jej nazwisko. Więc miało to dla niej znaczenie, jak się nazywała jej prześladowczyni. Osoba, która dwa razy złożyła na nią donos, czyli dwa razy próbowała zlecieć dokonanie zabójstwa na Ginczance. Dziś Chominowa jest nazwiskiem symbolem – choć wolałabym, żeby przybyło ich więcej, jak najwięcej, bo przecież są znane. Nie chciałabym, żeby Chominowa stała się pars pro toto, wolę, żeby była tą Chominową od Ginczanki, tą która patrzy, kiedy idziesz zaułkami, której podpis cię oświetla, której nazwisko cię wydobywa z mroku. Ale i samo jest wydobyte, nie ukryje się. I choć zapis historii to jedno, a kultura i jej symbole to co innego – Chominowa już jest symbolem.
*
Neon w każdym mieście oświetla miejsca publiczne, a polskie miejsce publiczne nazywa się dziś faszyzm.
I neon nazywa to po imieniu, ogłaszając, jak to neon.
BOŻENA KEFF
