ANDRZEJ LEDER

Jądro snu

 

Magazyn SZUM, 30 pażdziernika 2020 r.

 

 

Słynny neon Chominowa, który pojawił się w Lublinie, jak nic potwierdza tezę Jacques’a Lacana, że komunikacja międzyludzka opiera się na nieporozumieniu. Właściwie to tezę tę potwierdza przede wszystkim jego recepcja; każda z wielu grup w polskim społeczeństwie, która jakoś odnosi się do historii szmalcownictwa i denuncjowania Żydów przez Polaków w czasie hitlerowskiej okupacji, odczytała tę instalacje po swojemu, przeżywając w związku z nią mnóstwo niezadowolenia i zawodu.

Jest taka grupa – najczęściej my, autorzy, do niej należymy – która uważa, że godność człowieka opiera się na odwadze pozwalającej uznać swoje winy i winy swoich poprzedników. Przyjaciele wiernej pamięci. Dla tych przypomnienie nazwiska kobiety, którą Żydówka, poetka Zuzanna Ginczanka-Ginzburg upamiętniła jako szmalcowniczkę, winno być jak zadra wbita w tkankę obłudnego samozadowolenia. Na przykład mieszkańców lubelszczyzny, potomków tych, którzy w lipcu 1942 roku, w przeddzień wielkiego mordu, kupowali w ówczesnych GS-ach „kosy na Żydów”, a dziś mieszkają w Lublinie i okolicznych miasteczkach tak, jakby żydowskich mieszkańców tam nigdy nie było.

Oczywiście przyjaciele wiernej pamięci są gorzko rozczarowani. Intencja artysty nie została dobrze zrozumiana nawet we własnym kręgu, a co dopiero w innych.

Zupełnie przeciwstawne uczucia targają tymi, którzy dumę chcą budować wyłącznie na eksponowaniu kart chwały swojej wspólnoty. Dla nich przypominanie Chominowej, szmalcowniczki, jest wyciąganiem tego, co powinno być zapomniane. I przykryte wizerunkami bohaterów poświęcających swe życie w imię ojczyzny i ukrywania w czasie okupacji jej nie-wdzięcznych nie-dzieci, Semitów. Oburzającą prowokacją, wodą na młyn niemieckich rewizjonistów, którzy chcą podzielić się winą, przypominając Polakom ich nie-winne „Żydzi na Madagaskar!” z lat 30. Przecież na Madagaskarze było tak fajnie…

Ci oczywiście zawiedzeni są tym, że polska inteligencja nie widzi genetycznie zakodowanej dobroci Polaków, tak wspaniale odcinającej się od genetycznie określonego zła Niemców, a także żydowskiej niewdzięczności. A poza tym ignoruje spisek określonych ośrodków, które na Polskę czyhają (zaznaczam, że powyższy akapit ma charakter częściowo ironiczny, żeby słuchacze Mateusza Morawieckiego, Piotra Glińskiego i Magdaleny Gawin nie pomyśleli, że to na serio).

Neon Rzepeckiego jest jak symptom, jak fragment snu. Pisał Freud, że każdy objaw, każdy majak, nawet dziwny i zawikłany, ma pępowinę, która łączy go ze skrytym jądrem… Mrocznym, niezrozumiałym, bełkotliwym. Jak jęk, jak krzyk gwałtu, jak zgrzyt stali ostrzonej na kamieniu…
Jest też trzecia grupa, która z radością przyjmuje pojawienie się nazwiska szmalcowniczki na neonie. To ci, którzy powtarzają, że „my od Niemca wiele wycierpieliśmy, ale niech te ręce będą błogosławione za to, że nas od Żydów wybawiły”. Dla nich upamiętnienie Chominowej jest pochwałą tysięcznych anonimowych herosów (ironia, a nawet sarkazm) z granatowej policji, ochotniczej straży pożarnej, samoobrony wiejskiej – wreszcie zwykłych amatorów – którzy karabinem, siekierą, kłonicą, nożem i członkiem męskim pozbywali się zaszczutych Żydów, wcześniej pozbawiwszy ich, ich żon i dzieci majątku i czci. Zmniejszyli wtedy skalę „żydowskiej okupacji” (ironia), która jednak stale wraca i wymusza na kolejnych pokoleniach podejmowanie środków zaradczych. Dziś zmusza do wlepiania w różnych miejscach wlepek „1968 rok pamiętamy. Powtórzymy!”. I innych podobnych działań.

Zawiedzeni są jednak dyskrecją i popkulturową formą tego upamiętnienia. W ich odczuciu herosom powinien być postawiony pomnik, na przykład: „Ogień rozstrzeliwuje Żydów” (ironia). A tu jakiś niepoważny neon!

Nieporozumienie wzrasta, gdy część przedstawicieli pierwszej grupy – pamiętacie, to ci którzy wierzą, że trzeba brać prawdę o winach ojców na swoje barki – zaczyna podejrzewać, że lektura tego znaku zostanie zdominowana przez przedstawicieli grupy trzeciej – tych, którzy chcą stawiać pomniki walczącym z „żydowską okupacją” (ironia) – co więcej, że sam autor stał się nieświadomie apologetą owej grupy, jakby się nie zaklinał, że miał zupełnie inne intencje. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane – mówią przedstawiciele pierwszej grupy, jakby obawiali się, że ironiczne przechwycenie nie ma szans działać w takiej – powiedzmy, ponurej – mentalności, jak polska większościowa. Nie ma ironicznego przechwycenia, zdają się twierdzić, dla antysemitów wszystko jest dosłowne, trzeba do nich mówić dużymi literami (zresztą dlatego stale zaznaczam ironię, bo nie chcę podobnie być odczytanym)!

Druga grupa dla odmiany, ta która stale i zacięciem myśli o dobroci Polaków, chciałaby, żeby trzecia jednak przesadnie nie ujawniała swoich marzeń i fantazji, owszem, w domu, wiadomo, ale jednak w przestrzeni publicznej… Określone ośrodki tylko czyhają (ironia)! I wiadomo po co ktoś taki neon umieszcza; żeby sprowokować tych z trzeciej grupy do robienia na złość drugiej grupie pod dyktando pierwszej. A kto skorzysta? Niemcy. CBDO.

Sądzę jednak, że jest jeszcze czwarta grupa w tym nieporozumieniu, podejrzewam zresztą, że większościowa. Dla nich neon Chominowa oznacza pojawienie się nowej reklamy. Płynu do kąpieli albo, dajmy na to, konfitur. „Dolej sobie do wanny Chominowej!” albo „Malinowa konfitura Chominowej na chlebie – jak u mamy!”; takich ciągów dalszych oczekują. I zapewne nawet się trochę dziwią, że malinowa Chominowa ciągle się nie zjawia, że muszą tak beznadziejnie czekać i w końcu nie wiadomo – o płyn do kąpieli chodzi, czy o jakieś inne licho…? Beznadziejna ta kampania, myślą.

Oczywiście, gdzieś tam w głębi, to oni wiedzą, że w tym domu ktoś kiedyś, i że jakieś inne panie coś tam tu tego… Że coś tu jest nie tak, że przecież my skądinąd, ale tu właśnie, że nikt nic nie pamięta, a garnki w kuchni tak się tłuką, gdy mówi się o dawnych czasach. Więc jak czegoś nie rozumieją, to się boją, a jak się boją, to wiadomo, kto winien (bez ironii).

Neon Rzepeckiego jest jak symptom, jak fragment snu. Pisał Freud, że każdy objaw, każdy majak, nawet dziwny i zawikłany, ma pępowinę, która łączy go ze skrytym jądrem… Mrocznym, niezrozumiałym, bełkotliwym. Jak jęk, jak krzyk gwałtu, jak zgrzyt stali ostrzonej na kamieniu…

Tylko kto dziś czyta Freuda?

Adam Rzepecki, artysta, członek grupy Łódź Kaliska background image